Postprawdziwa historia w społeczeństwach roszczeniowych

Październik 13, 2017

Przeczytawszy ten tytuł, nie spoglądajcie z przekąsem na Zachód, bo nauka idzie ze Wschodu.

Na Białorusi rozszalała się histeria: Polacy ukradli Kościuszkę! Dużo by mówić, kto czyta ten wie. Trwają właśnie przepychanki o pomnik w szwajcarskim Solothurn, gdzie do śmierci mieszkał Kościuszko.

I dowiedzieć się możemy przy okazji jeszcze więcej. Oto najlepsze perełki:

„Wyłudzili wszystkie skarby z pałaców Zachodniej Białorusi przy sowietach”

Jak przyszły ruskie, się znaczy, nic nie grabiły, nikogo nie wywoziły ani nie mordowały, tylko sprawiedliwa władza sowiecka wszystko zabezpieczyła, lecz cóż z tego, dobrych radzieckich towarzyszy najwidoczniej te polskie pany oszukały, wszystko wyłudzając i wywożąc. To dlatego wszystko teraz na Białorusi rozgrabione, byście to wiedzieli. Kto winien? –

„Bierut powiedział sowietom, że Białorusinom nie są te kosztowności potrzebne, i wszystko wysłali do was. Chytrzy jesteście!”

I tak właśnie sowieci słuchali Bieruta i wszystko oddali Polakom. Którzy są chytre pany.  Więc jak Bierut w trumnie z Kremla wrócił, to pewnie że go sprawiedliwa ręka władzy sowieckiej tknęła. Bo nie inaczej, a nawet Kreml by dla Polaków zdobył. Tam przecież sami Polacy – Dzierżyński, Mienżyński, Kosior, Mertens. Teraz się ich wyrzekają pany pachołki imperialistyczne, a Kościuszkę ukradli Białorusinom.

Byłoby to wszystko śmieszne, ale tam tak mówią naprawdę.

Wiec zostawcie już w spokoju Ukraińców. Ktoś trzeźwo zauważył na Bialorusi, ze Ukraińcy jakoś nie twierdzą, by Polacy im kogoś ukradli. Zostawcie w spokoju Litwinów. Co do nich, to na Białorusi sądzi się, że ukradli nawet swą nazwę.

Białoruś to doskonałe społeczeństwo roszczeniowe. Wiele może nas nauczyć, ale tu akurat nie miejsce na teorię.

Nie twierdzę, że to wszystko jest powodem do potępiania czy wyśmiewania Białorusinów. Raczej – do pouczenia zapatrzonych w Polsce na łukaszenkowską Białoruś. I nie chcę być złym prorokiem, ale polska polityka socjalna i medialna jakoś mimowolnie naśladuje Białoruś sprzed kilkunastu lat.

Reklamy

Soros to zmyłka

Wrzesień 19, 2017

Ciemna gwiazda Stalina mogła uwidocznić się na firmamencie światowej historii dzięki dwu satelitom, o wiele wyraźniej dającym o sobie znać w minionym stuleciu: to Hitler/Schicklgruber i Trocki/Bronstein. Hitlera Stalin wyhodował, by nastraszyć burżujów i przygotować grunt do „wyzwolenia” Europy jeszcze latem 1941. Niemieckim technologiom dostarczył pola manewru i surowców dla obejścia zachodnich sankcji. Wyszkolił specjalistów wojny błyskawicznej i hybrydowej, którą sam stosował już wcześniej. Jak wylicza historyk wojskowości Wiktor Suworow, stalinowski najemnik zbuntował się i uprzedził swojego patrona napaścią zaledwie o dwa tygodnie. Ale przecież praktycznie do paktu Ribbentrop-Mołotow Sowiety żyły z III Rzeszą w ciągłej wrogości, wzajemnym strachu i oskarżeniach. Ba! – sam pakt i późniejsze zaskoczenie Stalina hitlerowską agresją miało brać się z jego strachu i chęci zabezpieczenia się przed „faszystami”, którzy na ogół w języku komunistów służą za uosobienie wszelkiego zła – pospieszą oponować naiwni. Stalin miał nie chcieć wojny, a nawet jego masowe represje miały być sposobem na zdławienie anarchii, sabotażu i idei permanentnej rewolucji, głoszonej przez Trockiego. Jeszcze nie powstało wtedy pojęcie „pokojowego współistnienia”, ale już mówiono o „kolektywnym bezpieczeństwie”, które wszystkim chciał zapewnić miłujący pokój i postęp Stalin, ongiś polityczny komisarz w Czerwonej Armii, stworzonej i dowodzonej właśnie przez Trockiego. Po wygnaniu przez biorącego całą władzę w swe ręce Stalina Trocki, opętany ideą światowej rewolucji i ciągłej wojny totalnej, w której w miarę osiągania zwycięstwa armie wyposażone w broń masowego rażenia zamienią armie powszechnej pracy przymusowej, wiódł życie intelektualisty- dysydenta na wygnaniu w Meksyku. jakoś nie spieszono się z unieszkodliwieniem go, bowiem dzięki temu prawdziwych i pozornych trockistów w sowieckiej Rosji można było masowo eksterminować, wymyślano na nich wszelkie inwektywy, w każdy możliwy sposób łączące dwu głównych wrogów, za których plecami stać mają światowi imperialiści: Trockiego i Hitlera. Obaj oni zresztą też mieli się za wrogów „światowej plutokracji”, jak mówił Hitler, bądź „imperializmu”, jak mówił Trocki. W rzeczywistości jednak obaj byli kukiełkami w teatrzyku Stalina, mającymi maskować samego głównego i jedynego aktora. Trocki okazał się niepotrzebny dopiero latem 1940 roku, gdy Hitler, jak się wydawało, skończył już z „imperialistami” na zachodzie Europy oraz na Bałkanach: rosyjska emigracja ze swymi głównymi ośrodkami we Francji i Jugosławii nie mogła już służyć do „ratowania pokoju”, bowiem „uratowany” on został całkowicie przez Hitlera. Na następny rok, po tym, jak wystarczająco „nacieszy” Europejczyków swoimi wizjami, austriacki malarz też miał zostać usunięty, zaś Europa i świat – „ocalone”.

Podobnie i teraz w Rosji represje mają miejsce pod znakiem walki ze złowrogimi wpływami Sorosa. Jak stalinowscy siepacze na ideach Trockiego, tak jednak te ideologiczne kukiełki wyrosły na funduszach Sorosa, który w rosyjską naukę i kulturę włożył prawie miliard dolarów. Rosyjscy oligarchowie, finansujący teraz Putina, zawdzięczają swe fortuny Sorosowi, jak choćby Potanin, robiący u Sorosa interesy dokładnie takie, jak Kulczyk u Balcerowicza. A Soros wypowiada się o Putinie i i Unii Europejskiej zupełnie tak, jak w swoim czasie Trocki o Stalinie i o imperialistach.

Do chóru putinowskich ideologicznych kukiełek dołączają teraz i liczne polskie laleczki. Tak jest i z fundacją „Otwarty Dialog”, sugerującą ustami Bartosza Kramka, że realizuje jakieś sorosowskie technologie, choć w rzeczywistości mówi i pokazuje rzeczy, na kilometr cuchnące moskiewską kasą, finansowanie z której obecnie jej udowodniono.

Jednak nie wzywa się u nas do piętnowania płatnych pachołków Kremla, za to wiele krzyczy się o opłacanych jakoby przez Sorosa. Nie wzywa się do reparacji wojennych od Rosji, a zgoła się od nich odwodzi, choć Rosja nigdy niczego nie uznała ani nie rekompensowała, zupełnie odwrotnie niż w przypadku z Niemcami, które poszkodowanym, ich rodzinom i organizacjom społecznym wypłaciły krocie.

Są oczywiście i hitlerowcy naszych czasów: to lewicowi islamiści, wychowankowie syryjskiej i irackiej partii socjalistycznej, afgańskie i libijskie „resortowe dzieci”, algierscy potomkowie weteranów „za wolność i demokrację”. Też nikt ich nie piętnuje. Tyle oni mają wspólnego z religią muzułmańską, co mieli esesmani, wychowani w swoim czasie chrześcijańskich rodzinach i obchodzący chrześcijańskie święta. tyle mają wspólnego z kulturą Bliskiego Wschodu, co z polską kulturą mieli wspólnego Dzierżyński, Mienżyński, Świerczewski czy Mertens. (Prawdziwi Polacy, żadnych Żydów nie wymieniam, jakby co – na dowód link do ostatniego, z którego nazwiskiem google kojarzą raczej jakiegoś piłkarza).

Tyle zaś tych dzisiejszych „islamskich hitlerowców ” dzieli od Moskwy, – eksperymentującej z islamskim radykalizmem conajmniej od 1924 roku, gdy to Stalin tworzył właśnie na środkowoazjatyckich doświadczeniach swoją politykę narodowościową – ile dzieliło czołgi Guderiana i sztukasy Goeringa nad kanałem La Manche w czerwcu 1940 roku, napędzane sowieckim paliwem i niosące sowiecką amunicję z braku własnej, niemieckiej. Bez pomocy Stalina nie pokonaliby wtedy Francji.

Tak też bez Putina i pożytecznych idiotów euro- i patrio-prądów migranci nie pokonają dziś Zachodu. Domniemana „technologia migracyjna” Sorosa budzi oczywiście lęk, nie mniejszy niż trockistowska permanentna rewolucja siłami armii pracy przymusowej, tyle samo jednak ma szans na realizację w oczach prawdziwego rozgrywającego – jak wówczas Stalina, tak teraz Putina. On realizuje swój scenariusz. Soros i migranci to gra w „dwa ognie”. By uniknąć zbicia, trzeba zauważyć rzucającego piłkę. A ten jeden jest, jak mawia mistrz Yoda 🙂

Czy szkolna religia to – „katecheza”?

Wrzesień 6, 2017

Portal-demolka kościelnego przekazu w Polsce, czyli de(m)on.peel bierze się za obronę szkolnej nauki religii, próbując w triumfalistycznym duchu rozwiewać „10 mitów” w tym przedmiocie. Naprzemiennie przy tym stosuje nazwy „religia” i „katecheza”, co już zapowiada głębię ignorancji. I tutaj, w samej nazwie kryje się pierwszy mit, bez którego nie ma tamtych dziesięciu.

To mit dwojaki: religię myli właśnie z katechezą, a katechezę – z ewangelizacją.

Religia w szkole rzeczywiście ma miejsce w państwie polskim. Każde państwo potrzebuje religii, wiedzieli to już antyczni filozofowie. Broniąc krzyża w szkołach Wolnego Państwa Bawarii, niemiecki sąd konstytucyjny stwierdził, że państwo musi zakładać wartości, których samo wytworzyć nie może. Dlatego musi swoim obywatelom zapewnić do nich dostęp. Świeckie państwo niemieckie (lub może ktoś ma co do tego jakieś wątpliwości?) zbiera dlatego właśnie podatek kościelny w rozmiarze polskiej zusowskiej składki zdrowotnej i dystrybuuje go proporcjonalnie do składających w urzędach skarbowych deklaracje wyznaniowe podatników poszczególnym organizacjom religijnym. Jak jaki podatnik swoją deklarację cofnie, państwo lojalnie donosi danej religijnej organizacji, że ma sobie takiego członka wykreślić. Państwo niemieckie daje na religię więcej: zwraca po dziś dzień koszta napoleońskich grabieży w imię takiegoż państwa świeckiego, tylko że po francusku rozumianego. Minęło 200 lat, a państwo niemieckie zwraca ze swojego funduszu religijnego. I nikt nie bredzi jak potłuczony na ten temat, jak polskie brukowce.

W państwie niemieckim za każdy kilometr autostrady, drogi federalnej i krajowej odpowiada ksiądz, będący w stanie zjawić się w potrzebie. Co tu mówić o szpitalach i innych zakładach opieki społecznej. Na Zachodzie jest oczywiste, że opieka duchowa posiada istotne znaczenie we wszystkich sytuacjach życiowych.

Oczywiście wielu w Polsce nie ma o tym pojęcia i nie potrafi z tych rzeczy korzystać. Nie uczyli się o takich rzeczach na religii. Choć powinni, bowiem tego właśnie oczekuje i to gwarantuje państwo, religii potrzebujące. Religia ma podbudować moralność, ucząc czym różni się ona od prawa, a gdzie ma z prawem związek, religia ma wzmocnić patriotyzm i uzasadnić życie rodzinne. Ma nauczyć też praktyk religijnych. Ale same praktyki religijne spełnia się w kościele. I tam większość katolików, absolwentów szkolnej nauki religii, okazuje się bezradnymi. Wielu z wrodzoną polską fantazją swoje zakłopotanie maskuje agresją, co wcale jednak nie przynosi im ani satysfakcji, ani pożytku.

Szkolne lekcje religii są w Polsce upowszechnione. Ze świeczką jednak szukaj miejsc, gdzie dowiedziałbyś się coś na takie tematy, na które przecież krąży mnóstwo bzdurnych opinii z rodzaju tych właśnie, jakie naprawiane być mają szkolną nauką. Ludzie w Polsce w obliczu religii stają bezradni bardziej, niż w obliczu urzędów skarbowych i opieki społecznej. Matematyka ma dać im pojęcie o rachunkach domowych i społecznych, polski ma ich nauczyć rozmawiania i wyrażania uczuć, a religia – zachowania w kościele i urzędzie parafialnym. Z wszystkimi tymi rzeczami Polacy mają masę problemów, najwięcej jednak – z Kościołem. Ich nauczycielem są „z życia wzięte” programy telewizyjne i wiecznie zaaferowane bzdurami brukowce. Samopoczucie poprawiają im polityczni pochlebcy. Prawnikom, lekarzom i psychologom płacą ciężkie pieniądze za to, czego nie nauczyli się w szkole. Ale pretensje mają do Kościoła. Bo nie uczyli się na religii, do czego ona służy.

Wielu chciało tam usłyszeć „o życiu”. Inni sądzili, że zamiast w parafii, w szkole przygotują się do sakramentów – czyli odbędą katechezę, lub może nawet i w szkole sakramenty te przyjmą. Dlatego do kościoła nie chodzą, bo po co jeszcze. Jeszcze innym, choć nazywają lekcje religii również „katechezą”, wydaje się że to „ewangelizacja”.

To druga część poplątania. Ewangelizacja, czyli głoszenie dobrej nowiny o osobistej relacji z Bogiem – w szkole świeckiej, której zadaniem jest zorganizowanie czasu i zapewnienie bezpieczeństwa emocjonalnego i duchowego dzieciom i młodzieży! To tak, jak gdyby na szkolnej stołówce nagle zaczęto podawać dzieciom potrawy z programów kulinarno-podróżniczych, a na szkolnym wychowaniu fizycznym wszystkich uznano za sportowców wyczynowych. Oczywiście, są rodzice i dzieci o takich aspiracjach i oczekiwaniach. Ale żadna szkoła im nie sprosta, ani też nie jest to zadanie szkoły. Co do religii, to w efekcie nie ma ani ewangelizacji, która miałaby prowadzić do osobistej relacji z Bogiem, ani nauki katechizmu, ani już tym bardziej nie dowiadują się o żadnych dogmatach (bo mowa przecież „o życiu”), i już absolutnie nie wynika z tego dla nich żaden morał.

Takie właśnie są cztery elementy kościelnego mówienia: ewangelizacja – katechizacja – dogmatyzowanie – moralizowanie. I jedno nie zamienia ani nie zastępuje drugiego. Rozróżniać to powinno się dzięki szkolnej nauce religii. Tutaj należy poznać alfabet i język religii, z którym będzie można iść do biura parafialnego i do kościoła, załatwiać interesy dotyczące wieczności i nabywać łaskę w sakramentach, związanych z kolejnymi etapami życia. Tak jak szkolna stołówka ma zapewnić zdrowe i smaczne w ogólnym pojęciu pożywienie, a wychowanie fizyczne – nauczyć funkcjonalnego i bezpiecznego ruchu. Również dzięki nauce religii społeczeństwo może funkcjonować normalnie. Zna swoje wartości, potrafi je chronić i umie się porozumiewać. Ale jeśli sądzi się, że zamiast tej elementarnej nauki religii w szkole należy ewangelizować, pozostając przy tym w świecie brukowców i reality-show, – to mamy de(m)oniczne poplątanie.

Gdyby Sobieski nie uratował Wiednia

Sierpień 22, 2017

Na każde czasy historia ma swoich bohaterów. W Polsce bohaterem naszych czasów coraz bardziej staje się Sobieski. Przypomina o ostatnim przebłysku świetności, akceptowanym przez ogół społeczeństwa. Tak, światło rozumu ma to do siebie, ze samo do ciemności nie dociera, musi tam zostać wpuszczone. Więc w Polsce wszyscy, od prawa do lewa i od ultrachrześcijańskich  charyzmatyków do turbosłowian, akceptują jako bohatera Polski i Europy – właśnie Sobieskiego. Już „iskra która wyjdzie z Polski” według słów św. Faustyny, czyli zapewne św. Jan Paweł II, takim przebłyskiem świetności dla wszystkich nie jest.

Sobieski ma być bohaterem lepszym niż Kościuszko. Mamy pretensje, by cała Europa uznała go za swego wybawiciela. Rzeczywiście jej losy przez kolejne 330 lat, aż do współczesnego kryzysu imigracyjnego, potoczyły się po torach, na które pchnął je mocarny król Jan, ratując Wiedeń.

Dzięki niemu po 90 latach, zdobywszy dominację na Bałkanach, Austria sięgnęła po ziemie polskie jak po swoje. Francja nie musiała troskać się Turkami, jeszcze niedawno grasującymi na lazurowym Wybrzeżu, o Włoszech nie mówiąc. Zamiast tego, mogła zainwestować swą potęgę militarną po wojnie trzydziestoletniej w Niemcy, zdobywając dominację nad Renem. Znakiem tego woda kolońska, skrywająca odór Wersalu, gdzie tylko król Słońce chadzał zasiadać na toaletowym tronie. Markizowie, czyli pograniczni hrabiowie w ustroju od czasów Karola Wielkiego powołani do obrony granic i poszerzania cesarstwa, zdegradowali do nadwornych fircyków, zaspokajających swoje perwersje. Oczywiście spowodowało to rewolucję oburzonych burżua, i tylko gburowaci markizowie (po niemiecku – margrafowie) Brandenburgii i Austrii zachowali chwackiego ducha, rywalizując o pierwszeństwo w Niemczech i starając się ukarać Francję, aż wreszcie wspólnie z Rosją, która również jak sęp rzuciła się na osłabioną Turcję i zamarzyło się jej odbudowanie imperium bizantyjskiego (do czego po dziś dzień dąży Putin w Syrii) – rozpętali jedną i drugą wojnę światową, a teraz igrają z trzecią.

W ten sposób Niemcy, pasione przez Francję, wyrosły w owczej skórze na wilka ze zbitego po trzydziestoletniej wojnie szczeniaka. A wszystko to dzięki prawdziwemu galijskiemu Obeliksowi – Janowi Trzeciemu do usług Marysieńki, rozmiłowanej we francuskim stylu życia. Gdyby ta oligarchiczna para żyła dzisiaj, lataliby na każdy weekend prywatnym samolotem w eskorcie honorowej F-16 do Paryża, gdzie Marysieńka bywałaby w kręgach mody i sztuki, a egzotyczny Sarmata opróżniałby kielichy i misy przy opowieściach o swych przewagach w Donbasie i na Krymie, epatując zniewieściałych markizów.

A gdyby nie dał się wpuścić ówczesnym eurokratom – Francuzom i Niemcom w wiedeńską awanturę, pewnie rzeczywiście Wiedeń by upadł. Ale czy doszliby Turcy do Watykanu i opanowali całą Europę – to już nie takie pewne. Jak wiemy, na Lazurowym Wybrzeżu i w Italii pojawiali się i tak. Ale gdyby upadł Wiedeń, ten mini-Paryż Bałkanów, to Francja byłaby zmuszona wrócić do swych kompetencji wojennych i przypomnieć sławną historię tysiąca  lat zwycięskiej walki z Saracenami. Bez wątpienia by sobie poradziła, i upadły Wiedeń byłby dla niej tylko szczepionką, lepszą od implementowanej w kapuścianych Niemczech kolońskiej wody, a w Austrii szprycera. Byłaby to zupełnie inna Europa, w której jednak markizowie wersalscy nie staliby się fircykami, a brandenburski z austriackim – bandytami na skalę światową.  Oczywiście w nadreńskim Trewirze nie nabraliby też znaczenia niejaki doktor Marks i jego bogaty koleś Engels. Niemcy trochę wymieszaliby się z Turkami i pewnie mielibyśmy na europejskich uniwersytetach wydziały teologii chrześcijańskiej i muzułmańskiej. Byłby to jednak zupełnie inny islam, islam Awicenny i Awerroesa, gdzie na nowo odkryty by został Tomasz z Akwinu i Arystoteles.  Gdzie słuchano by Jana Pawła II i Hassana II, a nie Kadafiego, Asada i Putina.  Ani też Rosji w głowie by były wszystkie głupoty, bo użerałaby się rzeczywiście na Kaukazie, gdzie konkurowaliby z nią ukraińscy rezuni, których Austria nie napuściłaby na Polaków. Na Wołdze i na Kaukazie nie pojawiliby się Lenin ani Stalin z ich pomysłem na los narodów. Francja pozostałaby najstarszą i najwierniejszą córą Kościoła, broniąc papiestwa, zamiast mieszać przy amerykańskiej wojnie wyzwoleńczej i w ten sposób zrodzić światowy liberalizm. Ameryka przy takiej zahartowanej Francji stałaby się bardziej katolicka, a Syberia nie byłaby ziemią nieludzką, lecz od Kalifornii przez Alaskę do Nordkapu mogłoby ciągnąć się jedno krzemowe wybrzeże najwyższych technologii. Nie muszę chyba wyjaśniać, że największe znaczenie miałaby tam myśl techniczna polska, wszak wydobycie ropy naftowej rozpoczęło się od Lwowszczyzny. Polski sarmatyzm, a nie eurosocjalizm i eurazjatyzm byłby światową ideologią sukcesu.

Że tak się właśnie nie potoczyły dzieje Europy i świata, w wielkiej mierze winien jest właśnie Jan Sobieski. Sarmata, który sprzedał sarmatyzm za francuskie pieniądze i udawaną sławę u Niemców.

O socjalizmie w czterech światach

Sierpień 19, 2017

Żyjemy w świecie, w którym przede wszystkim ma się wydatki. Zaryzykuję twierdzenie, że jest to świat „minus pierwszy”, przychodzący na zmianę światu pierwszemu, zbudowanemu na wiedzy. W naszych czasach światów tych nie oddzielają granice polityczne ani geograficzne, lecz współistnieją one nieraz w jednym społeczeństwie. Ciągle jeszcze powszechnie spotykani są ludzie świata drugiego, kultywującego władzę w jej czystej postaci: od damskich bokserów do decydentów w sferze socjalnej. Ci ostatni mają największe wyobrażenie i aspiracje do świata minus pierwszego, w którym rozdzielać można nie same tylko świadczenia, ale przede wszystkim zobowiązania z nimi związane. To taki nowy rodzaj feudalizmu, stąd największe zrozumienie jego idee znajdują w świecie drugim. I tylko ludzie świata trzeciego ciągle powszechnie marzą o własności – niezależnie, czy przypływają na pontonach do Europy jako nielegalni migranci, czy też, obarczeni hipoteką  mają się jednak za członków kapitalistycznej klasy średniej. Niepodzielnie ich własnością jednak pozostaje tylko własny honor. Godność ufundowana jest mianowicie na własności, jak sądzili starożytni. Dlatego to, czy strzegący szariatu radykalni muzułmanie, czy walczący na Reducie Dobrego Imienia polscy patrioci, – wszyscy oni gotowi są do wojny o to, co uznają za najwyższa wartość. Zatroskani są o to, jak oceniają ich inni i na tej trosce budują ideologie – systemy poszukiwania prawdy o sobie w oczach innych. W ten sposób jednak nie znajdują prawdy, a jedynie krzywdę, którą to biorą w zarządzanie ideologie. Trzeci świat jest światem niewolnictwa – nie tylko wśród „dzikich ludów”, ale również tego uprawianego przez nowoczesne państwa i korporacje, zbudowanego na nieświadomości i niewiedzy, od której pozornie ratuje mianowicie ideologia. Jednak honor żyje w przekonaniu ludzi trzeciego świata wiecznie. Może być wymieniony w różnych religiach na szczęście wieczne, czasem jednak może oznaczać jedynie pamięć narodową.  W każdym przypadku „słodko jest umierać dla idei”. To oznacza wyzwolenie z każdej niewoli.

Drugi świat pozostaje światem spętanym przez „fałszywą świadomość”, jak określali ideologię marksiści. Także marksizm i cały system sowiecki, w którym możliwa stała się dyktatura partii politycznej, należy do tego świata feudalizmu i elit walczących o władzę poprzez posiadanie, jak inaczej sformułować można marksistowski aksjomat o „bycie określającym świadomość”. Świat drugi, zakręcony na punkcie władzy, skłonny jest do zawierania wzajemnie wygodnych transakcji. Chodzi o to, kto odziedziczy władzę i związane z nią wpływy, a będzie to właściwa temu światu forma życia wiecznego. Prorokiem tego świata bez wątpienia jest Macchiavelli. Transakcje świata drugiego mogą jednak dokonywać się tylko w społeczeństwach swojego własnego, bądź pierwszego świata. Tak rodzą się okrągłe stoły i grube kreski, na co jednak reakcją są, jak już wiemy, kolorowe rewolucje. Bez desowietyzacji i likwidacji gospodarki kolektywnej nie jest możliwe przejście do świata pierwszego.

W świecie pierwszym stawia się na edukację. Istotą posiadania jest tutaj dochód, rosnący wraz z wykształceniem, i rzeczy „niedochodowych”, w tym i duchowych, ludzie uczą się pozbywać bez żadnego sentymentu. Często sądzą, że pomiędzy pewnymi duchowymi wartościami a wiedzą zachodzi sprzeczność, i te pozornie niezgodne wartości przypisują ideologii. Sami, jak mniemają, są od ideologii wolni. Właśnie edukacja ma uwolnić od ideologii, jak założył to Karl Popper, jeden z głównych proroków tego świata, w swoim „Społeczeństwie otwartym”. Nic jednak nie jest na tym świecie doskonałe, a już z pewnością nie edukacja: źródłem ideologii w pierwszym świecie jest właśnie zepsuta wiedza, tak jak w świecie drugim – żądza władzy. Tym wszystkim ludzie i społeczności pierwszego świata, co oczywiste, wywołują nienawiść w honorowym świecie trzecim, a zazdrość w merkantylnym świecie drugim.  Tutaj jednak nie prowadzi się wojen zaborczych ani sprawiedliwych, a jedynie polityczne wojny o kulturę – epoka europejskich kulturkampfów II połowy XIX wieku jest już mianowicie historycznym markerem pierwszego świata. Front przebiega w szkolnych klasach i urzędach stanu cywilnego. W tym sensie podżegaczy wojennych dwudziestego wieku możemy w pierwszym świecie nazywać zbrodniarzami i barbarzyńcami. „Wiedza to potęgi klucz” – wyznają ludzie tego świata, znajdując sposób posiadania zdalnego i niewidocznego, bez potrzeby legitymowania się certyfikatami własności. Życiem wiecznym jest wkład w myśl ogólnoludzką.

Czy jest to szczytem socjotechnologii? Czy wraz ze społecznym postępem już niemożliwe są masowe zbrodnie i barbarzyństwo? Czy można mówić o jakiejś nowoczesnej etyce i o świeckiej świętości, które nie dopuszczają tego, co powszechnie potępiane? Twierdzi się, że człowiek osiąga w miarę postępu wyższy, globalny i kosmiczny poziom świadomości, gdzie odnajduje bezwarunkowe, absolutne wartości duchowe. W tej duchowej sferze człowiek rości sobie prawo do całkowitego indywidualizmu. Tymczasem jednak, paradoksalnie, w życiu codziennym coraz bardziej podlega uwarunkowaniom i ograniczeniom, i coraz bardziej liczyć się musi z otoczeniem. Nie jest zmuszany do podzielania opinii ogółu, jeśli takowa jeszcze w jakiejś dziedzinie może mieć miejsce, ale musi na ogół ten łożyć. Główny aksjomat tego ponowoczesnego świata sformułowany został już dawno: „dwie rzeczy są nieuchronne – śmierć i podatki”. Jeśli zatem w trzech niższych światach oferowano jakąś formę nieśmiertelności: pamięć narodową, dziedziczenie w rodzinie czy wkład ideowy w myśl ogólnoludzką, to świat minus jeden tym się różni, że nie ma recepty na nieśmiertelność. Każdy człowiek jest jedynie siłą roboczą, płatnikiem i dawcą biologicznym. Po śmierci pozostaje jedynie zagadnienie utylizacji. Zapewne do przyszłości należy zapewnienie dalszych płatności związanych z ewentualną pamięcią, fizyczną i wirtualną. Bez wątpienia zajmie się tym wkrótce sfera ubezpieczeń, wynajdując ubezpieczenie od historii.

Ideologia jako fałszywa świadomość

Maj 31, 2017

Marksizm-leninizm określił ideologię jako „fałszywą świadomość” grupy społecznej – narodu, klasy, wyznania, rodziny. Także ateistyczna i internacjonalistyczna klasa robotnicza, jedyna postępowa dla marksistów, posiada w ich rozumieniu fałszywą świadomość, dopóki nie uświadomi sobie, że nie ma innego wyboru jak tylko przyjęcie zgotowanego jej losu. Wyzwoleniem jest uświadomienie braku wyboru osobistego oraz uznanie przymusu pracy bez wynagrodzenia. Aby zwalczyć wrogie sobie narody, klasy społeczne i religie, kulturowy marksizm narzuca im własnej roboty fałszywą świadomość, by następnie je z niej „wyzwalać”.

Kulturowy marksizm najlepiej czuje się w małych miastach, gdzie znajduje sobie jako głównych wrogów „drobną burżuazję” i „kułaków”. Tam też tworzy fałszywą świadomość, ideologię, „miejskie legendy”. Małe miasta są najbardziej podatne na wymyślone historie.

Tak naprawdę dla kulturowych marksistów „małym miasteczkiem” jest cała Europa. Na przestrzeni ostatnich 50 lat stworzyli tam fałszywą świadomość, w obronie której teraz organizują Europejczyków. Jeśli czegoś nie możesz pokonać, zorganizuj to i stań na czele – radził Lenin. Zorganizowanie polega na tym, że wpojono tak „światłym Europejczykom” jak i „obrońcom tradycyjnych wartości”, że Europa i chrześcijaństwo – to cała ta ociekająca brudem i wzbudzająca słuszne oburzenie wyuzdana pseudokultura, niby pachnąca i wymalowana w swoich majtkach i klapkach, a na każdym kroku ‚zajefajnie” zafajdana, zionąca stęchlizną pustych mózgów i rozdeptanych sumień na kilometry. Prawdziwie zapadłe miasteczko. Gdyby nasi przodkowie, których podobno bronimy, powstali i ujrzeli, jak się nosimy i co zapodajemy, ze zgrozy by się przewrócili, albo i urządzili nam rytuały oczyszczające, przy których imigranckie ekscesy są niewinnymi igraszkami. Wielcy święci trzynastego i szesnastego wieku nie byliby sobą, gdyby wpadli w nasz informacyjny trafik. Tak oto mamy grandę z Arianą, której teletańcowanie po grobach zamieniło się w kolejną masakrę na żywo. A przecież ciągle uznajemy za bohaterów tych, którzy w proteście przeciwko nieludzkim reżimom dokonywali samospaleń. No więc o co się biega? Co dziwnego, że za takich samych bohaterów mają się ci, których kulturowi marksiści celowo zderzają z naszą obłąkaną rzeczywistością? Kto tu jest bardziej chory i kto się powinien leczyć?

Protestuję przeciwko opakowywaniu kresowego ludobójstwa w brudny papier rosyjskiej propagandy

Maj 23, 2017

Wczoraj, 22 maja, na stronach internetowych księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego wyłonił się „Honorowy Komitet obchodów Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa Polaków na Kresach Wschodnich”. Jak sądzę, ormiański duszpasterz postanowił w ten sposób uczcić dzisiejszą 99 rocznicę bitwy pod Abaranem, dla Ormian czegoś w rodzaju polskiej legionowej Kostiuchnówki Na wojnie, zwłaszcza tej nowoczesnej, informacyjnej, często uznaje się, że cel uświęca środki. Księdzu udało się prawie niemożliwe: zjednoczył w swoim Honorowym Komitecie licznych biskupów i kapłanów z bolszewickimi anarchistami z x-portalu, wykorzystującymi zamiast krzyża – emblemat skrzyżowanych kałasznikowów, mistrzowi kaznodziejstwa polskiego, biskupowi Zawitkowskiemu, przydał „rapera narodowego” sprawnego inaczej, to znaczy strzelającego kulami, słów niekoniecznie, wianuszkiem profesorów otoczył wrocławskiego „filozofa”, z lubością komentującego rosyjskie zbrodnie wojenne na Ukrainie, zaś niewątpliwie patriotycznych i katolickich polskich samorządowców Śląska Dolnego i Opolszczyzny zachęca do współpracy z neopogańskimi polonazistami z „Narodowego Świtu”, wspierającymi zresztą KOD. Czegóż nie robi się dla pieniędzy. Ja broń Boże nie o księdzu Zaleskim, ale o jego zwolennikach, za kremlowskie pieniądze demolujących cmentarze, pod okiem zresztą samorządowców z tegoż grona. Niewykluczone zresztą, że i kremlowskie pieniądze trafiają na ofiarę księdzu. Wszak nie śmierdzą.

Korupcja sięga tutaj szczytów, ma bowiem charakter duchowy. Należy to do istoty ideologii Rosji, o której Matka Boża w Fatimie mówiła, że rozsiewać będzie swe błędy po świecie. To drugi po fałszywym konserwatyzmie w imię „nic świętego”, błąd polegający na szerzeniu pseudonauki drogą „wirusowo-kombinatoryczną”, poprzez ‚swobodne zderzanie’ opinii ze „stoiska”, „śmietniska” i „składu” historii.

Na „stoisku” narodowej historii znajduje się temat kresowego ludobójstwa. Nie dziwota więc, że różni „producenci idei” spieszą ze swoją podażą. Niektórzy mają go pełne składy, inni szybko zwiększają produkcję. Ale najprościej mają ci, co nie wysilają się i pakują towar nadpsuty. Sejm uchwalił nawet Narodowy Dzień Pamięci Ludobójstwa na Kresach. Na 11 lipca, rocznicę eskalacji rzezi wołyńskiej w 1943 roku. Ale przecież „ludobójstwo na kresach” to nie tylko rzeź wołyńska, ani też Wołyń to nie całe kresy wschodnie Rzeczpospolitej. Ludobójstwo na kresach rozpoczęło się wtedy, gdy jak pisze Sienkiewicz, Kmicic i jego towarzysze uciekali z powiatu orszańskiego i innych okolic województw mścisławskiego, witebskiego, mińskiego, bo ogarnięte zostały one pożogą wojny na miarę hekatomby wojny 30-letniej na Zachodzie Europy. Potop szwedzki to tylko mały epizod tych czasów. Może więc chodzi o 3/11 lipca 1655 roku (podwójna data kalendarza juliańskiego i gregoriańskiego), zdobycie Mińska Litewskiego przez Moskali? O skali zbrodni i towarzyszącej wojennej pożodze agresji informacyjnej świadczą historycy: „Nadejście wojsk carskich wyprzedzała stugębna plotka… strach padł więc na Litwę. Powtarzano nawet, że w wojsku carskim znajduje się pułk zwany „psie głowy”, którego żołnierze rzekomo jedzą ludzkie mięso! Nieliczne wojska litewskie nie miały szans” (Marcin Gawęda, Połonka-Basia 1660, Warszawa 2005). A może chodzi o osobiste zamordowanie przez cara Piotra Wielkiego 30 czerwca / 11 lipca 1705r. (znów różnica kalendarza!) ojców bazylianów w Połocku?  Tego polska wikipedia już nawet nie uznaje za część polskiej historii. Oddali ją Moskwie. Wielu w Polsce przeszło na czas moskiewski. „Kresowe ludobójstwo” nie kojarzy im się z „Ogniem i mieczem”, gdzie Sienkiewicz związany był rosyjską cenzurą i nie mógł wprost napisać, kto wypędził z ojczyzny Kmicica i jego kompanów. Nie kojarzy się im z powstaniem styczniowym, po którym właśnie dziś, 23 maja 1865 roku w Sokołowie Podlaskim carscy oprawcy dokonali egzekucji naczelnego kapelana powstańców, ks. Stanisława Brzóski, a dokładnie dwa lata wcześniej upadł Rząd Narodowy. Może to chce uczcić swoim newsem ks. Isakowicz-Zaleski? Lub może wspomnieć chce o trzeciej wywózce Polaków na Sybir podczas sowieckiej okupacji, rozpoczętej nocą 21/22 maja 1940 roku? Ani słowem. Zapewne brak zainteresowanych. Wszystkich wywieźli i wymordowali? Swoją drogą, w tej deportacji wielu ukraińskich i białoruskich obywateli II Rzeczpospolitej. „Kresowe sumienie” milczy.

W kalendarzu moskiewskich politruków znalazło się tylko 11 lipca 1943r., dobra data do frymarczenia, kto wie czy i przez sowietów nie zaaranżowana. Kto zbadał, ilu „banderowców” przed wojną było komsomolcami? Kto zbadał, ilu należało pod rosyjskim zaborem do Czarnej Sotni? Każda parafia prawosławna na Wołyniu przez I wojną światową miała oddział Czarnej Sotni! Ilu politycznych koniunkturalistów przeszło wszystkie szczeble – demoralizację po likwidacji Unii, rosyjską czarną sotnię, austriacką i niemiecką agenturę przed i po I wojnie, pozorne nawrócenie z urzędowego prawosławia na grekokatolicyzm po polskiej stronie granicy albo na komsomoł po stronie sowieckiej, antysowieckie podziemie lub ukraińską kompartię. a wreszcie zaciąg do SS? Jak powstała na lipiec 1943 roku ta zbrodnicza mieszanka? Czy to badają profesorowie zaprzyjaźnieni z ks. Isakowiczem-Zaleskim? Jestem przekonany, że rozpocząć te badania trzeba mianowicie od carskiej likwidacji Unii i zamknięcia Uniwersytetu Wileńskiego, co doprowadziło do demoralizacji wielkich mas kresowej młodzieży w II połowie XIX wieku. Ale ja nie jestem profesorem. Mi za to nie płacą.

W markecie dzisiejszej medialnej kultury sprzeda się wszystko i mistrzostwo znów osiąga tu Rosja. W kolorowy papierek religii i patriotyzmu owija zgniły bolszewizm. Historia jest fałszowana na potęgę i bezczelnie, ślady zbrodni zacierane. W istocie tym zajmuje się też środowisko aranżowane przez księdza Isakowicza-Zaleskiego. Są jak roznosiciele ulotek i naganiacze drapieżnego hipermarketu na przeterminowane produkty po zniżkach. Zagrażają moralnemu zdrowiu narodu i muszą być ścigani przez duchowych epidemiologów.

Siedem błędów Rosji: #1.

Maj 13, 2017

Matka Boża w Fatimie wiejskim dzieciom, nie mającym pojęcia o europejskiej geografii ani polityce, mówiła o „błędach, które rozsiewać będzie Rosja”. Raczej nie chodziło Jej o konkretny kraj, ale o pewien sposób myślenia, możliwy do zdefiniowania jako „Rosja”. Chcę przedstawić elementy tego myślenia i pokazać, na ile są one upowszechnione w naszych czasach. Wydaje mi się, że można mówić tak o „siedmiu grzechach Rosji”, z których dziś przedstawimy pierwszy.

Często sądzimy, że „Rosja” reprezentuje w myśli ludzkiej zasady dogmatyzmu i konserwatyzmu. Nic bardziej mylnego. Ideologia rosyjska jest w rzeczywistości niedogmatyczna: świadomie pozycjonuje się współcześnie jako moda, by w ten sposob docierać do szerszego grona odbiorców. Intuicyjnie przyswaja sobie postomodernistyczną zasadę metodologiczną Paula Feyerbenda: „wszystko ujdzie”, lub też: „nic świętego”. Wydaje się też, że dla rosyjskiego myślenia istotne znaczenie ma wiara religijna. Do sowieckiej ideologii treści religijne materialnie nie miały żadnego dostępu, zasady formalne instytucji religijnych natomiast należały do jądra marksizmu-leninizmu. Teraz jest odwrotnie: religia w rzeczywistości stanowi dla rosyjskiej ideologii dziedzinę peryferyjną (w rozumieniu Bocheńskiego i Lakatosa), o dużych możliwościach modyfikacyjnych. Mówiąc potocznie, Rosja przedrzeźnia religię. Na lep ideologii rosyjskiej łapią się w ten sposób zarówno lewicowi „postępowcy”, jak też radykalni konserwatyści, tak technokraci, jak też i spirytyści. Ci, którzy biorą oficjalne wypowiedzi za dobrą monetę, sądzą że Rosja jest religijna i konserwatywna. Ci, którzy rozpoznają w medialnej mowie Rosji trolling, sądzą, że wspiera ona w ten sposób wolność idei i wypowiedzi. W rzeczywistości tak jedną jak i drugą drogą, Rosja zmierza do uwiedzenia umysłów i zniewolenia ich.

Geniusz Żydów a sprawa polska

Marzec 15, 2017

IMG_20170315_125859Wszyscy staniemy się uchodźcami – zdaje się straszyć nas współczesna kultura „na walizkach”, czy też „świata migrującego”, „backkeepers”. Kultura ta jest wytworem neomarksistów lat sześćdziesiątych. „Wszyscy będziemy Palestyńczykami” – wskazują nam od lat odpowiedni wzorzec lewicowi twórcy opinii. Palestyńczycy i naogół Arabowie cieszą się dziwną estymą u lewicy od lat pięćdziesięciu conajmniej, gdy to Żydzi napowrót zdobyli Jerozolimę. Palestyńczyk stał się synonimem ubogiego duchem w tej nowej religii pseudochrześcijańskiej, która poszła na flirt z lewicowością.

Również w nielewicowej już Polsce „internet drży od obaw i gniewu. To przykre, a czasem tragiczne, znaleźć się pod okupacją. W wypadku Palestyńczyków okupacja ich terenów przez Izrael nie jest najgorszym losem, wbrew powodzi medialnych obrazów z rozdartego wojną Bliskiego Wschodu. Dzieki żydowskiej kolonizacji zawitała tam zachodnia cywilizacja i zakiełkował dobrobyt także i dla tubylców. Załamanie dochodów i barbarczyństwo nastąpiło, gdy uzyskali autonomię na Zachodnim Brzegu i w strefie Gazy. To skutek porozumienia w Oslo w roku 1993 i rozpoczęcia „procesu pokojowego”, związanego z wielką pomocą zagraniczną. Nie mamy o tym pojęcia pod gradem doniesień o rozruchach, zamachach bombowych i krzywdzie Palestyńczyków. To przesłania wielką pracę pozytywną, jaką wykonuje Izrael na Bliskim Wschodzie nie tylko dla siebie. Tereny izraelsko-palestyńskie pokazują, na czym polega geniusz Żydów. (…) przeżyjemy przede wszystkim dzięki geniuszowi Żydów” –

oświadcza Krzysztof Kłopotowski w wydanej przez „Frondę” książce „Geniusz Żydów na polski rozum”.

Geniusz Żydów dostrzeżony został już na samym początku, ba, stworzony został przez samego Pana Boga. To Pan Bóg w Biblii zechciał odezwać się do nas żydowskim sposobem myślenia. Sposób ten nazywamy „myśleniem biblijnym” i stwierdzić musimy, że ogrom naszego nie-porozumienia w świecie i ze światem bierze się właśnie od utraty owego myślenia. Ja osobiście próbuję pokazać drogę powrotu do myślenia biblijnego w mojej nowej książce „Księga Józefa Egipskiego. Analiza retoryki biblijnej”. Książka ta wkrótce pojawi się w sprzedaży w Księgarni Patriotycznej w Żywcu przy ul. Komorowskich 22. Póki co zaś, polecam książkę pana Kłopotowskiego, która tam do nabycia pokazuje nam zdrowy sposób myślenia, jakiego uczył sam Pan Bóg.

„Złe myśli”

Marzec 2, 2017

Jak zauważyliśmy w poprzednim komentarzu, opowieść mateuszowej Ewangelii „Na pustyni” (2,1 – 5,2), inaczej tytułowana „Teraz”, zawiera w sobie trzynaście owych „teraz”, a każde z nich odpowiadać może jednemu z trzynastu występków markowego katalogu (Mk 7,21n.), które przychodzi uleczyć Jezus, poprzedzany przez Jana Chrzciciela.

Pierwszego z występków, „złych myśli”, dotyczy mianowicie orędzie Jana Chrzciciela na pustyni. Wyróżnić możemy takich myśli, przeciwko którym jest ono skierowane, dziewięć.

„nawróćcie się, bo przybliżyło się Królestwo Niebios” – to sprzeciw wobec ludzkich myśli o nieskończonym życiu na ziemi.

„przygotujcie drogę Panu” – to sprzeciw wobec ucieczki ze wspólnych dróg życia

uwaga o odzieniu Jana to ewidentny sprzeciw wobec podążania za modą

uwaga o pokarmie Jana, prostym i zdrowym – to sprzeciw wobec kultu kuchni w dzisiejszym świecie

to, że przed Janem wyznawano grzechy – to sprzeciw wobec świeckiego ignorowania grzechów

karcenie poszukujących rytualnego usprawiedliwienia w spotkaniach z Janem – to sprzeciw wobec formalistycznego podejścia wielu wierzących, pokładających nadzieję w zaświadczeniach i obrzędach

karcenie chlubiących się dziecięctwem abrahamowym – to jawny sprzeciw wobec przesadnego nacjonalizmu

zastrzeżenie Jana, iż jedynie wodą chrzci dla nawrócenia – to ostrzeżenie przed czysto formalnym traktowaniem chrztu i innych sakramentów

a wreszcie ostrzeżenie przed Tym, który „spali plewy w ogniu nieugaszonym” – to przestroga, by nie spalił nas ogień żądz światowych